Wróć do: Ural Team Piotrków Tryb.

Wyścigi na lodzie - Kedainiai (Kiejdany) - 11.02.2012

W roku 2012 nasi litewscy koledzy eliminacje zawodów retrocross zaczynali od wyścigu na lodzie w miejscowości Kedainiai (Kiejdany). Cała impreza odbyła się 11-go lutego na zamarzniętym stawie niedaleko wsi Nouciunai. Nasz motocykl był przygotowany już dawno; Szymek przygotował opony z kolcami, ja zamontowałem wyścigową skrzynię biegów z obniżonymi przełożeniami. Po treningach na zamarzniętym kąpielisku pod miastem stwierdziliśmy, że wszystko gra. W ostatniej chwili dowiedzieliśmy się od Linasa, że organizator ze względów bezpieczeństwa wymaga dodatkowej osłony na przednie koło. Został tydzień do wyścigu i tylko dzięki Sylwkowi, który ją wykonał z nierdzewki, i naszemu sponsorowi, firmie Szlachet-Stal, która ją pospawała, osłona była na czas. Dosłownie dzień przed wyjazdem zdążyłem ją zamontować.

Wyjechaliśmy w czwartek wieczorem, tak żeby być na piątek rano na miejscu. Podróż odbyła się bez niespodzianek. Postanowiliśmy od razu zajechać na tor, żeby ocenić, jak to wygląda na żywca. Mieliśmy dokładne dane od Litwinów, ale GPS wyprowadził nas dokładnie w środek lasu. Wobec tego chwilowo zrezygnowaliśmy z poszukiwań toru i pojechaliśmy znaleźć nocleg. Niedaleko Kiejdan znaleźliśmy szybko motel z całkiem przystępnymi cenami – za dwie doby zapłaciliśmy od głowy 64 lity. Zostawiliśmy przyczepkę z motocyklem na miejscu, a sami pojechaliśmy poszukać znowu jeziorka z torem i zrobić zakupy. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie szukać - nasz gospodarz zapytał żonę, a ta, o dziwo, wiedziała, gdzie odbywają się wyścigi. Okazało się, że mamy hotel 7 kilometrów od miejsca imprezy. Trasa była już wytyczona w przeddzień naszego przyjazdu; organizator - Algis i jego miejscowy klub motocyklowy - przygotowywał ją od czwartku. Mróz był około 20 stopni, a jednak chodząc po lodzie mieliśmy nieprzyjemne uczucie, że się zarwie. Cała powierzchnia jeziorka była pokryta pęknięciami; jedno z nich z głośnym trzaskiem powstało pod naszymi nogami, a rysa poszła po tafli taka, jak w filmie "Epoka lodowcowa". Skoro jednak organizator jeździł po niej samochodem, stwierdziliśmy, że nic nam nie grozi.

Potem już tylko szybkie zakupy w markecie w Kiejdanach i do motelu. Żałuję, że nie pojechaliśmy na starówkę do miasta trochę pozwiedzać, jednak każdy był już zmęczony po nieprzespanej nocy. W motelu już tradycyjnie; zawodnicy się oszczędzają, świętują tylko mechanik z kibicami.

Rano była dość wczesna pobudka; szybkie śniadanko i już mieliśmy zaczepiać przyczepę, kiedy stwierdziliśmy zaskoczeni, że samochód nie chce zapalić. Termometr w środku busa pokazywał minus 20 stopni i skończyła się w nim skala. Paliwo miało być do -29. Rozrusznik jednak ledwo kręcił. Na szczęście właściciel motelu pomógł nam odpalić furę "na zaciąg". Jak się okazało, w paliwie pływały żółte fusy. Pomogło dolanie benzyny, niemniej jednak do końca naszego pobytu trzeba było co parę godzin uruchamiać silnik.

Trochę już spóźnieni pojechaliśmy na tor. Na miejscu byli już pierwsi zawodnicy z kibicami. Szybko zajęliśmy miejsce, rozłożyliśmy namiot i grilla, i poszliśmy się przywitać z innymi zawodnikami. Z powodu mrozu wszystko się trochę opóźniło; zarówno rejestracja, jak i trening załóg. Komisja techniczna zbadała nasz pojazd, zmierzyła wysokość kolców, obejrzała przednią osłonę i dopuściła nas do wyścigu. W międzyczasie mechanik rozgrzewał motocykl, a my oglądaliśmy sprzęty konkurencji. Zapisaliśmy się do klasy "retro standard", ponieważ mieliśmy tylny hamulec bębnowy, z tyłu dwa amortyzatory, i silnik z krajów byłego RWPG chłodzony powietrzem.

W naszym wyścigu startowało 10 maszyn, w tym 6 z naszej klasy. Znowu, jak w zeszłym roku, jechaliśmy z klasą "350". Nasi najgroźniejsi konkurenci, Algis, Litauras i Irmantas, startowali w klasie "open". Teoretycznie więc nasze szanse powinny wzrosnąć, jednak widziałem też nowe załogi, o których możliwościach nie miałem żadnego pojęcia.

Fot. Saulius Sabaitis

Tymczasem pojechaliśmy na trening. Wszyscy jechali sobie spokojnie, ale ja postanowiłem przeprowadzić rozgrzewkę w bardziej forsowny sposób. Po jednym lekkim okrążeniu zaczęliśmy jechać na maxa, kontrolując najlepszy z możliwych tor jazdy. Szybko zauważyliśmy, że jest jedno miejsce na najdłuższym łuku zupełnie niedoceniane przez zawodników, gdzie można odkręcić na full. Postanowiłem to wykorzystać w wyścigu. Nie mogłem powiedzieć, żeby silnik pracował OK; było parę momentów, kiedy się lekko zakrztusił. No nic, to już sprawa mechanika.

Po treningu zjechaliśmy do boxu; ręce zmarzły mi niesamowicie, podwójne rękawiczki nic nie dały. Szymek pożyczył mi na szczęście swoje rękawiczki, bo sam używał innych, narciarskich. Nasi koledzy z klubu "Vorai MC" mieli pecha; pękł im cylinder na treningu. Szkoda, jeżdżą zawsze bardzo widowiskowo, a tu taka awaria.

Za chwilę ruszyły wyścigi "solówek". W ogóle nie zwracałem na nie uwagi, zajęty przygotowaniami do startu, niemniej jednak chłopaki mówili, że pojechali bardzo ostro, prawie leżąc na zakrętach. Wyścig trwał 12 minut plus dwa okrążenia dla każdej z klas.

Parę minut po zakończeniu wyścigu "solówek" organizator zapowiedział bieg klasy "750 standard z koszem". To my; jeszcze ostatnie regulacje zapłonu i zbieramy się. Jedziemy na start.

Na linii stanęło 10 motocykli, w tym 6 bokserów. Zajmujemy miejsce pośrodku linii startowej. Trochę się denerwuję, jak zwykle. Szymek zajmuje miejsce za mną na kanapie. 15 sekund - pokazuje sędzia - 5 sekund -... START!

Jedynka, gaz, i nagle lekko krztusi się silnik. Nie mogę podciągnąć na maksymalne obroty! Tracimy cenne sekundy. Szybko wbijam dwójkę i trójkę; czterech jest już przed nami, w tym lider naszego wyścigu, załoga z numerem "41". Stanowczo start nie wyszedł, jak trzeba. Powoli się jednak rozkręcamy, chociaż pierwsze pół okrążenia jedziemy za stawką, dodatkowo wyprzedza nas jeszcze załoga na "350-ce". Znowu nerwy, w tym zamieszaniu lekko się zderzamy, na szczęście nic nikomu się nie staje. Spokojnie: wyścig trwa 12 minut - mamy czas!

Fot. Saulius Sabaitis

Już pod koniec pierwszego okrążenia stosuję taktykę wymyśloną na treningu; na ostatnim, bardzo długim łuku w lewo wszyscy jadą na niskich biegach rwąc kolcami lód i maksymalnie zacieśniając zakręt - my przeciwnie; zaczynamy jechać po zewnętrznej na jak najwyższym biegu i najwyższej prędkości. Tym sposobem dopadamy peleton. Dopędzamy ostatniego z czwórki przed nami i bierzemy go w lewym krótkim zakręcie, wykorzystując przewagę szybkości uzyskanej na długim łuku. Lekki błąd na wyjściu i tym razem oni nas wyprzedzają, ale sportowa skrzynia robi swoje: szybka redukcja i odrywamy się od przeciwnika. Już siedzimy na plecach pierwszej trójce. Tymczasem następuje znowu długi łuk i znowu powtarzamy manewr z objazdem czołówki po zewnętrznej i znowu nasi rywale powtarzają swój błąd. Dodatkowo stosujemy trick wyuczony na asfalcie w Lublinie: na końcu długiego łuku daję ostro po obydwu hamulcach i z zewnętrznej przerzucamy się na wewnętrzną, zacieśniając tor jazdy i jednocześnie blokując rywali. W ten sposób w zaciętej walce wybijamy się chwilowo na trzecią pozycję! Przed nami tylko "8-ka" na Dnieprze i rewelacyjny lider, załoga "41" na Uralu, jak się później dowiedzieliśmy, specjalnie przygotowanym na okazję tych wyścigów przez byłego zawodnika ZSRR. "41-ka" jedzie ostro, mają nad nami przewagę połowy okrążenia.

Fot. Saulius Sabaitis

Trzymamy się pewnie, z każdą chwilą poprawiamy technikę i powiększamy przewagę nad piątką maszyn za nami. Nagle, na ostrym zakręcie w lewo czuję, że tracimy prędkość! To dźwignia zmiany biegów, zaklinowała się na podeście i została na "jedynce"! Nie mogę jej odbić nogą, muszę się schylić. Udaje się, ale tracimy pozycję, motocykl gwałtownie wyrywa do przodu i wyrzuca nas na pobocze, a dodatkowo Szymek spada z wózka! Sytuacja, jak z wyścigu w Gorżdach w 2011 roku, jednak teraz "koszowy" przygotowany jest wzorowo; regularne treningi robią swoje. Zatrzymuję motocykl, Szymek już biegnie i wskakuje z rozpędem. Pięć załóg nas mija, a mimo to jestem cały czas pewien, że wygramy, że mamy szansę; - ruszamy z kopyta i zaczynamy znowu szybko doganiać czołówkę!

Niesamowita sprawa, już siedzimy im znowu na ogonie. Jest zdenerwowanie i emocje, są też i błędy - po wyjściu z kolejnego, lewego zakrętu wyrzuca nas na zaśnieżone pobocze, ale Szymek nie zmienia pozycji, opanowujemy maszynę, ja prostuję kierownicę, Szymek przeskakuje na środek, szykując się do zakrętu w prawo i już przygotowujemy się do kolejnego wyprzedzania. Znowu składamy się w lewy zakręt, który jest początkiem długiego łuku. Rozpędzam maszynę na dwójce, wrzucam trójkę i szykujemy się do ataku po zewnętrznej, kiedy nagle zaczyna się coś dziać z silnikiem - zaczyna się dławić, prycha, kaszle - wyciskam z niego maksymalne obroty - byle tylko wyprzedzić stawkę, ale maszyna słabnie z sekundy na sekundę. Nie ulega wątpliwości, że pracuje jeden cylinder. Redukuję na dwójkę, jeszcze przygazówka na półsprzęgle, ale nic nie pomaga. Zwalniamy! Niech to szlag; zwycięstwo było w zasięgu ręki! Teraz aby tylko dowlec się do mety! Przed nami jeszcze dwa okrążenia, które pokonujemy z wyjącym silnikiem pracującym na jednym garnku, jednak udaje się nam jeszcze wyprzedzić jedną z załóg, która też ma kłopoty. Zdenerwowani i zawiedzeni dojeżdżamy do mety.

Boguś szybko bierze się za diagnozowanie. Odkręcamy dekiel, oglądamy sprężyny zaworowe, sprawdzamy iskrę, wymieniamy świece. Wszystko na próżno, mimo prawie godzinnej przerwy pomiędzy biegami nie udaje nam się znaleźć przyczyny awarii. Maszyna straciła kompresję i niestety nie pojedzie.

To już koniec na dzisiaj. Mamy kiepskie humory, bo już widzieliśmy się na podium. Trudno; na pocieszenie idziemy obejrzeć wyścigi innych klas.

Największe wrażenie robią zmagania w klasie "Open"; była tam bardzo zacięta walka pomiędzy załogą nr 50 (Litauras) a załogą na czerwonej CZ500. Tej parze cały czas siedziała na ogonie "13-ka" Algisa; przez trzy okrążenia szli praktycznie łeb w łeb. Niestety, maszyna mistrza Litaurasa uległa awarii; pękł drążek reakcyjny tylnego mostu, w związku z tym załoga czerwonej CZ500 wygrała drugi bieg klasy "Open" przed Algisem.

Czas minął nam bardzo szybko. Po wyścigach następuje odczytanie wyników i dekorowanie zawodników na podium. Brawami nagradzamy każdą z załóg, bo zasłużyli - walka była zacięta. W naszej klasie wygrywa ekipa na Dnieprze z numerem "8", z którą przegraliśmy ostatnio w Wilnie. Gratulujemy, zasłużyliście na to miejsce.

Fot. Saulius Sabaitis

Po wyścigach wracamy do hotelu. Algis zaprasza nas do sauny. Ma po nas przyjechać, ale po dwóch godzinach trochę wątpimy, czy aby nie zapomniał. Jest! Powiem na koniec tylko tyle, że impreza po zawodach była super, a my mieliśmy okazję (a przynajmniej ja) pierwszy raz w życiu wykąpać się po saunie w przeręblu, kiedy na dworze było -25 stopni. Przeżycie niesamowite; po wyjściu z jeziora ręka przymarzła mi do klamki od drzwi.

Mimo awarii wyjazd zaliczamy do udanych - mamy nowe doświadczenie, następnym razem przygotujemy się lepiej.

Dziękujemy naszym sponsorom, a szczególnie Sylwkowi za osłonę wykonaną w trybie express i firmie Szlachet-Stal za pospawanie przedniej osłony.


Napisał Brzytwa

Zdjęcia: Grzybu, Saulius Sabaitis